Marianna. Miłość się mnoży!

Naprawdę wiele trudnych chwil jest za nami. Trudno mi było o nich pisać na bieżąco ze względu i na emocje, i na brak czasu. Z dwójką tak małych dzieci jest co robić, a wcześniej ciąża, mocno stresująca do samego końca. Od krwawienia na początku, przez przeróżne skurcze, atak kolki żółciowej, cholestazę, na komplikacjach porodowych kończąc. Mam wrażenie, że wszystko, co mogło mi się przytrafić, się przytrafiło. Dziś jestem wdzięczna losowi, że tylko tyle i że wyszliśmy z tego całkiem dobrze. Nie powiem wspaniale, bo powikłania są, ale mogło być dużo gorzej.

O tych „przygodach” ciążowych opowiem, bo dziś już łatwiej mi się o tym mówi, choć nie robię tego często. Sądzę, że może to pomoże jakiejś mamie, która zmaga się z podobnymi problemami, albo wskaże, na co zwrócić uwagę, ustrzeże.. ale to nie w tym wpisie.

Marianna, takie imię wybraliśmy dla naszej malutkiej Búhobaby. Po naszych mamach (Marianna i Maria), tak jak chcieliśmy klasyczne, ale w miarę rzadkie. Zdrobniale mówimy na nią Mania, a Ludwik (nasz Búhokid) nazywa ją „dzidzia Mimi”.

Marianna, kończy dziś 5 miesięcy. Jak ten czas leci! Jeszcze nie tak dawno chodziłam z brzuchem, a dziś Marianna się do nas śmieje, guga, krzyczy, a najchętniej pluje.

Uwielbia obserwować wygłupy brata, i nikt inny nie potrafi tak jej rozbawić. Nikt inny nie potrafi też doprowadzić jej tak szybko do łez, ale ona mu wszystko wybacza.
Jest zupełnie innym dzieckiem niż Búhokid. Potrzebuje więcej bliskości, dotyku, ciepełka. Jest małym dużym żarłoczkiem, co też widać po fałdkach i wadze. Urodziła się z gęstą czuprynką na głowie, czego się spodziewałam, po tych okrutnych zgagach, jakie miałam w ciąży. Ma piękne niebieskie oczy, a ostatnio zrobiła się bardzo podobna do brata. Klon Ludwika z bujniejszą fryzurą.

Marianna jest wymagającą dziewczynką. Uparta i bezwzględna. Jeśli chce mleczko to powinno na nią czekać, zanim jeszcze poczuje głód, bo jak nie, to ryk na całe gardło i grochowe łzy.. Ale nie powinnam się dziwić, w końcu w opisie znaczenia jej imienia, nie raz o tym czytałam. „Współżycie z kobietą noszącą to imię zdecydowanie nie jest proste […] Jest bowiem bardzo pewna siebie, zdecydowana, samodzielna i niezależna. Nikomu nie pozwoli się zdominować […]. Jest uparta, by za wszelką cenę zachować całkowitą swobodę i jeśli ktoś będzie ją zamęczał udzielaniem jej rad […], można mieć pewność, że zrobi dokładnie na odwrót nawet jeśli będzie dobrze wiedziała, że nie przyniesie jej to korzyści. Inne jej wady to nadmierna wybuchowość, która często wpędza ją w kłopoty oraz sprawia, że otoczenia ma już jej dość […]” (www.imiona.net/marianna/). Ach, nie jest lekko, ale może nie będzie tak źle?

Pokochaliśmy ją jeszcze zanim się pojawiła na tym świecie. Słyszałam, czytałam, że niektóre mamy potrzebują czasu, żeby dotarło do nich, że kochają drugie dziecko. Ja tak nie miałam, być może dlatego, że tyle razy się o nią bałam, zanim ją jeszcze poznałam. Chociaż przez pierwsze kilka tygodni często porównywałam ją do Ludwika. To chyba była forma uzmysławiania sobie, że naprawdę każde dziecko jest inne i nie zawsze te same metody działają.

Uwielbiam ją, podziwiam, jestem z niej dumna i bardzo kocham. To prawda, że miłość się mnoży!

 

 

Reklamy

„bo Cię tu zostawię” czyli wspomnieniowo-wychowawcze rozważania

Co prawda minął tydzień od naszego powrotu z urlopu i mimo, iż wiele się wydarzyło, to wspomnienia nadal są dość świeże. Może dlatego, że wychowawcze rozkminy mnie nie opuszczają i w głowie analizuję sobie obserwacje wszech..rodzicielskie. Stąd, pojawiły się we wspomnieniach dwie sytuacje, bardzo do siebie kontrastowe, którymi się podzielę.

Podczas posiadówy grillowej na zacisznej działce Dżejdżejów w Gdyni, byłam świadkiem pewnej sytuacji pomiędzy Dżejdżejką, a jej starszą pociechą, bardzo bystrą i inteligentną niespełna trzylatką. Mała bujała/rzucała się zabawowo na krześle. Mama zwróciła się do niej z ostrzeżeniem, żeby uważała, bo może się przewrócić. Trzylatka patrząc mamie w oczy wysłuchała, zakodowała, i postanowiła bawić się dalej w ten sposób. Po około 3 minutach stało się tak jak przeczuwała mama. No i bęc, i płacz, i do mamy. I tutaj stało się coś bardzo fajnego. Mama przytuliła, ucałowała i powiedział, żeby malutka się nie martwiła, bo ból minie tak jak wiele rzeczy przemija… i tyle. Żadnego „a nie mówiłam”, „trzeba było słuchać mamy”, „sama jesteś sobie winna” etc. Mama wiedziała, że ostrzegła, wypełniając swój matczyny obowiązek, kierując się opiekuńczym instynktem. Zachowała się dokładnie tak jak matka powinna, a przy tym nie pokazała swej wyższości nad swą pociechą, bo wie że jej dziecko rozumie co się stało i samo wyciągnie z tego wnioski. Być może to taka błahostka, ale naprawdę wiele mam zachowuje się zupełnie inaczej.

I tutaj wspomniany kontrast – krótka historia ze szpitala: mama z 4,5 letnią córką, która już czuła się dobrze i po przyjęciu ostatniej kroplówki miała wyjść ze szpitala. Dziecko nie mogło się już doczekać tego momentu, więc zaczęło się ekscytować, pakować, wręcz niecierpliwić, ale dalekie było od przesady. Mama jednak wiedząc jak nielubiany jest przez dziecko szpital, a chcąc aby siedziało spokojnie powiedziała: „bądź grzeczna, albo Cię tu zostawię”… Nie mogę sobie nawet wyobrazić co się musiało dziać w głowie tej dziewczynki. Od razu przypomina mi się jak będąc dzieckiem byłam straszona przez panie w przedszkolu, że jak nie zjem obiadu to sprzątaczka wciągnie mnie w odkurzacz.. nie wiele pamiętam z przedszkola, ale to doskonale zapamiętałam i ciągłe zmuszanie do jedzenia!!!

Założenie: Chciałabym być taką mamą, która nie będzie się uciekała do straszenia czy przekupowania. Mam nadzieję, że to się uda. Analizując dotychczasowe spełnianie założeń postępuję tak jak sobie zaplanowałam (może z wyjątkiem pieluch wielorazowych – spróbowałam, ale się nie przekonałam), dlatego myślę, że i z tym się uda, chociaż jest ono niewątpliwie wymagające. Nikt nie mówił, że będzie łatwo 🙂 Wszystko dla Búhokida;)

A skoro już jestem przy wspomnieniach – oto Búhokid w ciuszkach (czapka i spodnie), które znaleźliśmy w Sopocie przy Molo, bo tam Flawless przeniosło się z Warszawy na czas wakacji. Niedziela nad jeziorem:

 

wolę nieplanowane urlopy…

A miało być tak pięknie… w-szpitalu

hmmm.. w sumie nie było najgorzej, ale życie oczywiście znalazło sposób, żeby nas po raz kolejny doświadczyć i to w te mniej przyjemne doświadczenia. Wiem, że nie zawsze będzie kolorowo i nie zawsze będzie zdrowo, ale obawiam się, że za każdym razem kiedy choroba nas dotknie, będę tak samo się bała i przeżywała całą sytuację! Szczególnie wtedy, kiedy chodzi o Búhokida. A było to tak..

Z Słupska wyruszyliśmy do Gdyni, gdzie wynajęliśmy świetne mieszkanko za pośrednictwem airbnb.pl – polecam, a jeśli ktoś wybiera się do Gdyni chętnie polęcę „nasze” lokum. Kolejne trzy dni spędziliśmy buszując po Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku, zajadając pyszną rybkę w Barze Przystań w Sopocie (gdzie złapała nas mega burza, która Búhokidowi bardzo się podobała) i korzystaniu z kąpieli morsko-słonecznych na plaży orłowskiej w Gdynii, a towarzyszyli nam nasi przyjaciele i ich córeczki. Oczywiście nie zabrakło rozmów o dzieciach i wymiany poglądów, które pozostawiły kolejne refleksje.

Dżejdżeje (taki nick nadaję trójmiejskim przyjaciołom) mają świetny kontakt ze swoimi pociechami, mają u nich posłuch, darują się wzajemnym szacunkiem i zaufaniem. Podczas naszych wieczornych rozmów, po tym jak dzieci poszły spać, doszliśmy do bardzo ciekawej konkluzji. Wychowanie dziecka jest ogromnie ciekawą, ale i odpowiedzialną przygodą, a żeby zrobić to dobrze należy oderwać się od zakorzenionych w nas obyczajowych poglądów i wsłuchać się w siebie i dziecko. Potraktować spędzanie czasu z dzieckiem jako misje, jako cel sam w sobie. Trzeba lubić spędzać czas z dzieckiem. Wiem, że po części brzmi to jak oczywistość, po części jak banał, ale analizując zachowania niektórych rodziców, okazuje się, że dla wielu dziecko jest problemem, przeszkodą czy wkurzającym ogonem. Clou: przebywanie z dzieckiem, nie posiadanie go.

Po wyjeździe z Trójmiasta udaliśmy się na południe, zatrzymując się w centrum Polski, gdzie mieszkają dziadkowie Búhokida. Niestety, nasza wizyta trwała bardzo krótko, bo już następnego dnia wylądowałam z pisklakiem w szpitalu. Dopadł nas rotawirus 😦 Szczęście w tym nieszczęściu, że przeszliśmy atak dość łagodnie. Búhokid był mega dzielny, a przede wszystkim mega kochany. Podbił serca wszystkich pielęgniarek i mam przebywających z nami na oddziale:) A ja pełna obaw o jego zdrowie, z dnia na dzień stawałam się coraz spokojniejsza widząc jak mój maluch zdrowieje.

Na zakończenie kilka zdjęć z naszych wojaży:

I kilka telefonowych:

nowe umiejętności..

Búhokid skończył tydzień temu 5 miesięcy i chyba sobie postanowił, iż jest już na tyle duży, że czas zacząć samodzielnie się turlać, kręcić wokół własnej osi, zgodnie z ruchem wskazówek zegara i odwrotnie… Być może miał po prostu dosyć ćwiczeń, które z nim codziennie robiłam..

I super, jak to zobaczyliśmy duma nas rozpierała, dostał grad całusów i owacji. Wtedy, Búhokid postanowił wykorzystać swoje nowe umiejętności jeszcze bardziej i teraz „kręci się” przy każdej okazji… także w nocy!! Niestety, to sprawiło, że skończył nam się spokojny sen. Podczas nocnych fikołków maluch nie raz rąbnął się w głowę, nogę albo rękę o szczebelki łóżeczka, albo nagle położył się w poprzek i zrobiło się ciasno lub nóżki wplątały się w szczebelki i nie można było zmienić pozycji. A wtedy płacz i rodzice biegiem na ratunek..

Nikt się nie wysypiał, ani pisklak, ani my. Na szczęście, Orlica przyszła nam na ratunek i zaproponowała pożyczenie ochraniacza do łóżeczka (rzecz, która kiedyś wydawała mi się zupełnie zbędna) i dziś znów wszyscy spaliśmy jak przed tygodniem:) Dziękujemy!!!

ochraniacz

ach to wychowanie..

Dziergam ostatnio na potęgę! Ale skoro upały zamknęły nas w domu – bo tu chłodniej, to jak już wypiorę, wyprasuję, wycałuję i wybawię Búhokida, i jak już ze zmęczenia padnie to ja biorę szydło i szydłuję! W tym czasie rozmyślając o wszelkich sprawach… tych codziennych dylematach w stylu „co zrobić na obiad” lub nieco ważniejszych „jaki fotelik do karmienia kupić pisklakowi (coś polecacie?)”, po te naprawdę istotne „jak to zrobić, by był z Búhokida fajny człowiek?”, czyli krótko mówiąc           „o wychowaniu”.

Tak sobie obserwuję różne dzieci w zasięgu mego wzroku.. na podwórku przed blokiem, na ulicach podczas spacerów, na plaży, w parku, w sklepie, wśród znajomych, w przychodni, czy w knajpce i widzę, że tyle metod ile rodziców i dzieci. Są dzieci, które słuchają rodziców, ale i takie które wiecznie się psocą. Jedni rodzice odnoszą się do dzieci na wnerwie, inni ze spokojem, jedni reagują, inni mają dzieci w nosie,a jeszcze inni za nimi biegają.. Jedne dzieci spokojnie się bawią, są cichutkie i grzeczniutkie, inne biją i wpadają w histerie. Są takie, na które kary działają, a i takie, które maja je w nosie.. Ale co od czego zależy? i jaki wpływ ma wychowanie? a jaki temperament czy charakter dziecka?.. aaaaaaaa…  Póki co czuję mętlik, tak jak w ciąży, kiedy natłok informacji sprawił, że byłam przerażona tym co mnie czeka. Znowu pojawiają się wskazówki, rady, podpowiedzi.. ale nauczona doświadczeniem wiem, że z Búho znajdziemy swój własny sposób na Búhokida, mam tylko nadzieję, że uda nam się go nie zepsuć:) Bo już jest super dzieciakiem, więc chcielibyśmy pomóc mu stać się super człowiekiem.

Przed laty jak myślałam o dziecku, to kojarzyło mi się ono tylko i wyłącznie z tą ogromną odpowiedzialnością wychowawczą. Kiedy stałam się mamą mniej się tego boję. Myślę że to dzięki miłości, ale nadal czuję jak poważne zadanie przede mną i chcę mu sprostać jak najlepiej potrafię. A z takich pierwszych obserwacji wnioskuję, że:

– dzieci należy traktować z szacunkiem (one też mają swoje ja), żeby i one nas szanowały

– nie można dać sobie wejść na głowę

– trzeba być bardzo konsekwentnym

– przede wszystkim tłumaczyć, rozmawiać i poświęcać czas!

Wkrótce się przekonam jak to ma się do rzeczywistości, a póki co zabawy, rączki do buzi i poznawanie świata:

A kiedy mózg już jest tak przegrzany, że nie ma siły rozmyślać, a ręce tak zmęczone, że nie chcą dziergać jedziemy nad jezioro: