Marianna. Miłość się mnoży!

Naprawdę wiele trudnych chwil jest za nami. Trudno mi było o nich pisać na bieżąco ze względu i na emocje, i na brak czasu. Z dwójką tak małych dzieci jest co robić, a wcześniej ciąża, mocno stresująca do samego końca. Od krwawienia na początku, przez przeróżne skurcze, atak kolki żółciowej, cholestazę, na komplikacjach porodowych kończąc. Mam wrażenie, że wszystko, co mogło mi się przytrafić, się przytrafiło. Dziś jestem wdzięczna losowi, że tylko tyle i że wyszliśmy z tego całkiem dobrze. Nie powiem wspaniale, bo powikłania są, ale mogło być dużo gorzej.

O tych „przygodach” ciążowych opowiem, bo dziś już łatwiej mi się o tym mówi, choć nie robię tego często. Sądzę, że może to pomoże jakiejś mamie, która zmaga się z podobnymi problemami, albo wskaże, na co zwrócić uwagę, ustrzeże.. ale to nie w tym wpisie.

Marianna, takie imię wybraliśmy dla naszej malutkiej Búhobaby. Po naszych mamach (Marianna i Maria), tak jak chcieliśmy klasyczne, ale w miarę rzadkie. Zdrobniale mówimy na nią Mania, a Ludwik (nasz Búhokid) nazywa ją „dzidzia Mimi”.

Marianna, kończy dziś 5 miesięcy. Jak ten czas leci! Jeszcze nie tak dawno chodziłam z brzuchem, a dziś Marianna się do nas śmieje, guga, krzyczy, a najchętniej pluje.

Uwielbia obserwować wygłupy brata, i nikt inny nie potrafi tak jej rozbawić. Nikt inny nie potrafi też doprowadzić jej tak szybko do łez, ale ona mu wszystko wybacza.
Jest zupełnie innym dzieckiem niż Búhokid. Potrzebuje więcej bliskości, dotyku, ciepełka. Jest małym dużym żarłoczkiem, co też widać po fałdkach i wadze. Urodziła się z gęstą czuprynką na głowie, czego się spodziewałam, po tych okrutnych zgagach, jakie miałam w ciąży. Ma piękne niebieskie oczy, a ostatnio zrobiła się bardzo podobna do brata. Klon Ludwika z bujniejszą fryzurą.

Marianna jest wymagającą dziewczynką. Uparta i bezwzględna. Jeśli chce mleczko to powinno na nią czekać, zanim jeszcze poczuje głód, bo jak nie, to ryk na całe gardło i grochowe łzy.. Ale nie powinnam się dziwić, w końcu w opisie znaczenia jej imienia, nie raz o tym czytałam. „Współżycie z kobietą noszącą to imię zdecydowanie nie jest proste […] Jest bowiem bardzo pewna siebie, zdecydowana, samodzielna i niezależna. Nikomu nie pozwoli się zdominować […]. Jest uparta, by za wszelką cenę zachować całkowitą swobodę i jeśli ktoś będzie ją zamęczał udzielaniem jej rad […], można mieć pewność, że zrobi dokładnie na odwrót nawet jeśli będzie dobrze wiedziała, że nie przyniesie jej to korzyści. Inne jej wady to nadmierna wybuchowość, która często wpędza ją w kłopoty oraz sprawia, że otoczenia ma już jej dość […]” (www.imiona.net/marianna/). Ach, nie jest lekko, ale może nie będzie tak źle?

Pokochaliśmy ją jeszcze zanim się pojawiła na tym świecie. Słyszałam, czytałam, że niektóre mamy potrzebują czasu, żeby dotarło do nich, że kochają drugie dziecko. Ja tak nie miałam, być może dlatego, że tyle razy się o nią bałam, zanim ją jeszcze poznałam. Chociaż przez pierwsze kilka tygodni często porównywałam ją do Ludwika. To chyba była forma uzmysławiania sobie, że naprawdę każde dziecko jest inne i nie zawsze te same metody działają.

Uwielbiam ją, podziwiam, jestem z niej dumna i bardzo kocham. To prawda, że miłość się mnoży!

 

 

Reklamy

beztroska i nuda

Ostatnio prześladują mnie wspomnienia. Przypominają mi się przedziwne szczegóły z życia przed Búhokidem. Często sięgam pamięcią do czasów, które naprawdę nie wiele mają wspólnego z moim obecnym życiem. I tak się zastanawiałam, o co chodzi, po co latam po tych dziuplach w mojej głowie, czego szukam, co chcę schować?

Minęło 9 miesięcy z pisklakiem, to dokładnie tyle, ile trwała ciąża. Być może moja podświadomość robi jakiś bilans? Może dotarło do mnie, do mego najgłębszego interświata, że czasy „przed” odeszły bezpowrotnie? Życie już nigdy nie będzie takie samo! Już nigdy nie będę miała beztroski, spontanicznego wypadu nad morze, czy rocznego pobytu w obcym kraju. Wiem, że to co mam w zamian jest niesamowite, niemniej jednak coś tym moim umysłem targa. Chyba jest mi potrzebne takie wewnętrzne uporanie się ze zmianą, a macierzyństwo, to przecież nie rurki z kremem. Nie zawsze jest tak wspaniale, baloniki, torciki i kokardki, jak na urodzinowym przyjęciu.

Świat mocno stanął na głowie. 9 miesięcy w domu z dzieckiem robi swoje. Przez ten czas mamy nie tylko napawają się cudownością swej pociechy, ale i zmagają z przeróżnymi trudnościami i najzwyklejszą nudą! Wspaniale jest obserwować jak się maluszek rozwija, uczy nowych rzeczy i coraz lepiej się z nami komunikuje. Trochę gorzej, kiedy np. odkryje, że potrafi rzucać przedmiotami i nie chce przestać tego robić. Ostatnio Búhokid stanął przy wannie, dorwał gumowe zabawki kąpielowe i wrzucał do wanny. Miał z tego ogromną radość, a ja stałam obok, dumna, że me dziecko takie kumate i podawałam zabawki. Fajnie było przy pierwszych kilkunastu rzutach, a potem marzyłam, żeby mu się znudziło, ale gdzie tam! Godzinę spędziliśmy w łazience – on rzucał, ja podawałam i tak w kółko! Oszaleć można! Podobnie jest z lustrami, piekarnikiem i pralką, przy których spędzamy całe godziny!

Podobno nudzi się tylko ten, kto sam jest nudny. W tym przypadku nie chodzi jednak o brak kreatywności, bezczynność, czy nadmiar czasu. Powtarzanie tych samych czynności tyle razy nudzi i męczy tak, że na koniec dnia siedzę zawieszona i zastanawiam się, jak zresetować mózg!

Nie chcę tutaj umniejszyć macierzyństwu, ponieważ jest to mega wyzwanie, wymagające dużo miłości, cierpliwości, mądrości i poświęcenia. Jest to niesamowicie fascynująca przygoda, do której trzeba podejść z otwartym umysłem, ogromnym sercem, kreatywnymi pomysłami i ambicją. Bardzo dużo rozmawiam z Búho, czy z przyjaciółkami o metodach wychowawczych, radzimy sobie na wzajem, dzielimy się doświadczeniami i recenzujemy wyczytane teorie. Obmyślamy co zrobić, by dzieci nas słuchały, jak radzić sobie z histerią, czy usypianiem malucha o rozsądnej, wieczornej porze. Uwielbiam te spotkania i rozmowy. Nieraz z Búho potrafimy przedyskutować cały wieczór o tym, jaki kierunek wychowawczy obieramy. A rano znowu wpadam w wir codziennych obowiązków domowych – pranie, gotowanie, sprzątanie, spacerek, kupka, gapienie się w pralkę i rzucanie zabawek. Tyle zostaje z intelektualnych wyzwań.

Myślę, że te moje wspomnieniowe powroty do beztroski i momenty macierzyńskiej nudy, to nie jest nic wyjątkowego, niespotykanego. Po prostu kolejny etap. Ciekawe co będzie dalej? Powrót do pracy?

koniec!

Nie , nie, nie kończę bloga. Wiem, ostatnio go strasznie zanied bałam, ale jeszcze tu trochę pobędę. Mam nadzieję, że ku radości, chociaż kilku osób śledzących sowie przygody, przemyślenia, czy przepisy. A kończę z jesiennym przesileniem, bo już, chyba, oswoiłam się z nową porą roku. Kończę ze zmęczeniem, które mi towarzyszy ostatnio bez przerwy. Kończę z byciem leniwcem kanapowym w otchłani jesienno-mgielnej chandry. W tym wszystkim niezmienny pozostanie czas poświęcany Búhokidowi, czyli jego całe mnóstwo! Pewnie teraz się zastanawiacie, jak chcę tego dokonać? Ja też, ale wychodzę z założenia, że jak się chce, to można! A jak wiecie, całkiem dobrze mi wychodzi realizowanie moich założeń, więc mam szansę to ogarnąć.

Oczywiście wiele się u nas dzieje. Búhokid rośnie, rozwija się, rozrabia i rozkochuje w sobie wszystkich, których spotyka. Búho pracuje, działa i stara się dostać do rady miasta. A Búhoshka, dba o ognisko domowe, pomaga w kampanii i rozwija swoją wyobraźnię podczas zabaw z pisklakiem, oraz dba o to, by harmonogram zajęć i podróży był wypełniony po brzegi! A w związku z tym, pod koniec października wybraliśmy się do Norwegii. Búhokid po raz pierwszy leciał samolotem – z Gdańska do Oslo, oraz pociągiem – z Oslodo Hamar. Podróż zniósł bardzo dobrze! Na lotnisku do wszystkich się uśmiechał i zagadywał swoim jakże bogatym już językiem. W samolocie w jedną stronę wypił mleczko i zasnął, a w drugą pił soczek i śmiał się w głos. Doradzono nam, aby dziecko piło podczas startu i lądowania, żeby „odetkać uszy”. W samolocie pisklak był bardzo zainteresowany wszystkim co się dzieje wokół i trochę zawiedziony, że musi siedzieć u mamy na kolanach. Za to w pociągu miał raj, raczkował, ile chciał, zaczepiając przy tym wszystkich sąsiadujących z nami pasażerów. Szczególnie interesowały go ich buty:)

W Norwegii odwiedziliśmy naszych przyjaciół – polsko-norweskie młode małżeństwo, które wkrótce zostanie rodzicami. Mieszkają w przepięknym domu na wzgórzu, w niewielkiej wiosce otoczonej lasami. Od razu zakochałam się w tym miejscu. Norwegia jest piękna i nawet jesienna szarówa nie psuje efektów. Te drewniane domy, pięknie pomalowane (stonowane kolory z białymi dodatkami), te lampeczki w oknach, na gankach, wszechobecne świeczki i ten swoisty minimalizm, tworzą nieziemsko przytulną atmosferę. Do tego, przyroda, z którą obcowanie jest bardzo powszechne. Naprawdę dobrze się tam czuliśmy, zostaliśmy pięknie ugoszczeni, a do dziś delektujemy się przywiezionymi smakołykami:)

Po raz kolejny potwierdziło się, że Búhokid jest bezproblemowym dzieckiem. Je wszystko z przyjemnością, zawsze chętnie się bawi, śpi, kiedy przychodzi na to pora i zagaduje do wszystkich bez względu na wiek, płeć, czy narodowość. A, żeby jeszcze bardziej podkreślić jaki jest fajny, na tydzień przed wyjazdem się przeziębił i miał mega katar. Na szczęście pani doktor wzmocniła go lekami, zmiana klimatu też zrobiła swoje i wrócił do domu zdrowy.

A, oto kilka zdjęć z naszej norweskiej eskapady:

 

szczepienia, są jak wiara!

W każdym wymiarze tego porównania.

Sądzę że każdy myślący, interesujący się światem i jego tajnikami, inteligentny człowiek dumał nie raz nad wiarą w boga, a jeśli dodatkowo jest rodzicem to zapewne także pochylił się na tematem szczepień. Zarówno kwestia wiary, jak i szczepień nie jest jednoznaczna. A rozmowy na te tematy potrafią doprowadzić do zagorzałej dyskusji, z której wnioski ostatecznie i tak każdy musi wyciągnąć sam dla siebie i przekonać się w co tak naprawdę wierzy.

Nie chciałabym się tu rozwodzić nad kwestią wiary czy religii, ale opowiem co mi się nasuwa na temat szczepień.

Jak większość z nas wie (szczególnie ta dzieciata) szczepienia w Polsce są obowiązkowe. Nie zalecane, czy rekomendowane, są po prostu obowiązkowe! Nie możemy, jako rodzice podejmować decyzji o tym czy chcemy lub co chcemy wstrzyknąć do organizmu naszego skarbka, ewentualnie możemy  wybrać „markę”. Jeśli sprzeciwimy się obowiązkowi szczepień, wojewoda ma prawo nas ukarać grzywną. I ok, ja się nawet nie dziwię, że nasz kraj chce nas chronić przed chorobami, chce mieć zdrowe społeczeństwo. Ale dlaczego podawane jest tyle dawek? I dlaczego w tak krótkim czasie? Dlaczego za nowe szczepionki skojarzone trzeba zapłacić? Dlaczego pierwsze szczepionki podaje się kilka godzin po urodzeniu, kiedy jeszcze tak niewiele wie się o tym młodym organizmie? Wiem, że są na te pytania odpowiedzi, ale dlaczego w innych krajach wygląda to jednak nieco inaczej? – Gdzie szczepionki są rekomendowane, a nie obowiązkowe. Gdzie podaje się mniej dawek jednej szczepionki. Gdzie robi się testy i ewentualnie dopiero podaje kolejną dawkę – jeśli to konieczne.

Mogłabym tak mnożyć pytania i moje wątpliwości. Podobnie jak w internecie mnożą się strony, które przedstawiają negatywne skutki szczepień, a w przychodniach, ulotki przedstawiające historie rodziców, których dzieci zachorowały zanim zostały zaszczepione. A ja czuję się takim małym, bezradnym człowiekiem w tej chmurze pozytywów i negatywów, pros i cons, zwolenników i przeciwników.

Z jednej strony rynek farmaceutyczny – takie szczepienia to niezły biznes, więc ładują kasę w ich promowanie. Z drugiej strony lekarze – z ich zdaniem chciałby się człowiek liczyć, ale jaki wpływ mają na nich koncerny farmaceutyczne? Z trzeciej strony badacze – tu już zupełna kropka, bo wielu potwierdza skuteczność i bezpieczeństwo szczepionek  i równie wielu obala te pozytywne wyniki. No i na koniec prawdziwe historie – powikłania poszczepienne vs. powikłania po chorobach, przeciwko którym nie zaszczepiono dzieci.

I bądź tu mądry! Zaszczepisz i zachoruje – będziesz żałować. Nie zaszczepisz i zachoruje – też będziesz żałować. A chciałoby się dla swego malucha wybrać jak najlepiej, postąpić właściwie, tak aby zapewnić mu zdrowe i szczęśliwe życie. Nie raz temat ten spędził mi sen z powiek. Pomimo, że już w ciąży wraz z Búho podjęliśmy decyzję, że szczepimy na obowiązkowe wg kalendarza szczepień, to przed każdym kolejnym szczepieniem zastanawiam się czy dobrze robimy i przeżywam to bardzo. W kwestii szczepień dodatkowych.. Dwie koleżanki, mamy – każda dwójki wspaniałych chłopców, poradziły mi, abym posłuchała instynktu. Tak też zrobiłam i nie zaszczepiłam. Póki co trzymam się tego postanowienia, chociaż nadal pojawiają się takie dni kiedy patrzę w te piękne oczy Búhokida i mocno mocno zastanawiam się czy dobrze robię?

Nie potrafię spojrzeć na kwestię szczepienia jednostronnie, kiedy jest tyle różnych możliwości w tej kwestii.. Tak jak z wiarą: możesz nie wierzyć, ale nie wiesz na pewno, że boga nie ma.

Czy Wy też tak to przeżywacie?

 

I na zakończenie mojego szczepiennego wywodu, trochę zdjęć:

amerykańskie trampki na pożegnanie lata

trampki i rampers – F&F, skarpetki w paski – Fisher Price, smoczek – Mebby, zawieszka do smoczka – babyFEHN, grzechotka słonik – Oball, żyrafa – Bright Starts

BLW, rozwojowy krok milowy i cyc..

Przyszedł wrzesień i nas pochłonął! Prawie tak, jakbyśmy poszli do szkoły! Porwał nas wir spraw do załatwienia, zrealizowania i zorganizowania, a dodatkowo nasz Búhokid zrobił krok milowy w swoim rozwoju. To ostatnie sprawiło, że zupełnie straciłam czas dla siebie. Nie jest mi z tym łatwo, a wraz z przesileniem letnio-jesiennym nawet popadłam w lekką chandrę. Ale już mi lepiej, Búhokid śpi, a ja kradnę chwilę i piszę..

Wiele razy słyszałam „zobaczysz jak będziesz miała dziecko, na nic nie będziesz mieć czasu”. Faktycznie ilość czasu mi się skurczyła kiedy pojawił się pisklak, ale przez pierwsze 6 miesięcy nadal miałam trochę czasu pomiędzy karmieniem, a przewijaniem, czy praniem. Po 6 miesiącu, kiedy dieta i ruchliwość Búhokida diametralnie się zmieniły, mój czas zaczął się zmniejszać wprost proporcjonalnie do jego postępów. Przygotowywanie jedzenia, karmienie i sprzątanie po całej długotrwałej „ceremonii”, zajmuje mnóstwo czasu. Dodatkowo maluch siedzi, robi fikołki, zaczyna raczkować, więc trzeba mieć go bardzo na oku. A ponadto, na ubraniach pojawiły się plamy po marchewkach, jabłkach, czy brokułach – nie takie łatwe do sprania. Zrobiło się hardcore’owo, ale co najważniejsze MEGA FAJNIE!!!!

Búhokid uwielbia jeść stałe pokarmy. Stosujemy metodę blw, przeplataną z podawaniem jedzenia łyżeczką. Sprawdza się to wspaniale! Samodzielne jedzenie, sprawia mu kupę frajdy, a karmienie łyżeczką syci! Uwielbia zapoznawać się z kolejnymi smakami i strukturami warzyw, owoców, mięs, pieczywa etc. Rozgniata, ugniata, liże, próbuje. Na początku często się krztusił większymi kawałkami, ale w tej chwili już się to nie zdarza. Nauczył się odkrztuszać i za każdym razem sam sobie z tym poradził, a także nauczył się przemieszczać pokarm w buzi i nie dopuszcza do zakrztuszenia. Je wszystko, i wszystko mu smakuje. Na nic nie ma uczulenia.

fotelik, śliniak – IKEA, niekapek – Nûby, bodziaki – Timberland

Myślę, że to jest idealny sposób na odstawienie od piersi – już zdarzają się dni, że nie chce cyca. A jak już o tym mowa to, dziś karmiąc pisklaka przed snem, naszła mnie pewna refleksja. Zastanawiałam się dlaczego dla matek karmiących piersią, odstawienie jest taką trudną sprawą, przede wszystkim emocjonalnie. Otóż, wydaje mi się, że to chodzi o poczucie, że w każdej sytuacji może zapewnić dziecku przetrwanie. Jeśli znaleźliby się w ekstremalnych warunkach lub niespodziewanej sytuacji, nie musi się martwić o to czy ma wodę, mleko w proszku czy jakiekolwiek inne jedzenie. Już wiem, że dla mnie to nie będzie łatwa sprawa, dlatego od dawna mam założone że karmię do końca października. Oswajam się z tą myślą, przygotowuję do tego Búhokida. A może sam się odstawi?

Tydzień temu Búhokid pierwszy raz stanął w łóżeczku, sam usiadł z pozycji leżącej, zaczął raczkować do tyłu, zrobił siusiu na nocnik i przebił mu się pierwszy ząb. To wszystko stało się jednego dnia – 20 września – zapisuję datę żeby ją uwiecznić!! Chcę zapamiętać każdy ten moment, tym bardziej że robi się ich coraz więcej i postępy pojawiają się niespodziewanie.  Poza tym ten mały urwis jest tak pogodny, że wystarczy jedno spojrzenie na niego i nawet najbardziej nerwowy moment mija. A kiedy dopada chandra, jego uśmiech łagodzi wszystko, a jego śmiech zaraża!!

A jak wyglądały kroki milowe waszych pociech?

jasne body – DKNY , nocnik i dywan – IKEA, szare spodnie – Flawless, skarpetki – coccodrillo

Miłość była pierwsza..

Buhokid skończył tydzień temu pół roku! Strasznie szybko to zleciało, a w tym czasie nasze życie wywróciło się do góry nogami, poskakało trochę, siadło, wstało.. i się poukładało. Mniej więcej, tak można opisać cały proces pojawienia się Búhokida w naszej dziupli i wspólnego poznania się.

Miłość była pierwsza. Przybyła jak grom z jasnego nieba, bo niby w ciąży już kochasz tego aliena w brzuchu, ale jak pojawia się w ramionach to BUM! Wszystkie emocje eksplodują – radość, wzruszenie, troska, uwielbienie.. po prostu miłość.

Zagubienie… to te kilka – kilkanaście pierwszych tygodni, podczas których przechodzi się przez kolejną lawinę uczuć. Na szczęście to najważniejsze jest niezmienne, w przeciwnym razie nasz gatunek dawno by wymarł! Oczywiście większość czasu ubóstwia się swojego bobaska, patrzy jak śpi, jak uczy się kolejnych wielkich rzeczy, czy robi się z siebie klauna, żeby się uśmiechnął. Jednak pojawiły się też momenty, w których zaczęłam tęsknić, za czasem kiedy byliśmy tylko we dwoje. W dzień się pracowało, po południu realizowało pasje, wieczorami pichciło i gadało, a w nocy.. nie tylko się spało! Nie raz, trzymając płaczącego Búhokida w ramionach, już drugą godzinę, gdzieś nad ranem, zaczynały mi lecieć łzy ze zmęczenia, wtedy najczęściej wspominałam te czasy, wiedząc że już NIGDY nie wrócą. Po czym, rzucałam jedno spojrzenie na pisklaka i wiedziałam, że nie chcę już NIGDY do nich wracać. Rozdarcie emocjonalne nadające się na psychiatryk!  Po jakimś czasie przestałam tak się czuć. Przeszłam okres adaptacji do nowych warunków i się uspokoiłam, rozdarcie się pozszywało, a blizna zniknęła.

Poznaliśmy się. Nastał moment, w którym widzę, że Búhokid wie, że może na nas liczyć, wie że chcemy dla niego jak najlepiej, że jak mu źle to znajdzie w naszych ramionach ukojenie. Cieszy się gdy nas widzi o poranku. Nie powiedział nam tego, ale gdy nocował u dziadków i rano nad łóżeczkiem nie pojawiłam się ani ja, ani Búho był zawiedziony. Nie płakał, nie bał się, ale był zawiedziony! My z kolei wiemy, że jak zasypia lubi mieć pieluszkę tetrową przy policzku, że ma łaskotki, że jak się nudzi to piszczy, że śmieszy go mlaskanie, że jak jest w otoczeniu obcych musi mieć mamę lub tatę w zasięgu wzroku i że uwielbia kąpiele – w każdej formie – wanna, prysznic, basen, jezioro, morze!

Jestem mamą! Nadal to do mnie dociera, ale już to czuję!

A tak bywało na początku.. dość często:

6 m-cy13

czarodziejki…

Dzisiaj po facebook’u krąży filmik, który wywołał we mnie wspomnienia dnia, w którym to wszystko się zaczęło i jak dużą rolę miały w tym czarodziejki.. położne.

Zacznę od tego, że zawód położnej jest piękny!! Czyż nie? Przecież, to co robi Sonia Rochel jest cudne, urocze i wprost magiczne (zauważcie, że moczy uszy!). I nie spotkałam położnej, która nie kochałaby tego co robi. Pomimo, że są one świadkami tej samej rzeczy tyle razy, nie popadają w rutynę, a już na pewno tego nie okazują! Zapewne dzieje się tak dlatego, że są świadkami właśnie TEGO wydarzenia – narodzin! Jest to niewątpliwie najbardziej niesamowita ludzka umiejętność, a te maleństwa są po prostu przeurocze!!

Będąc w ciąży zaczytywałam się w książkach, o tym co się dzieje w moim brzuchu, tydzień po tygodniu śledziłam etapy rozwoju Bąbla (tak go nazywaliśmy i teraz też się to zdarza). W drugiej połowie ciąży przyszedł czas na przygotowanie się do porodu. Poradniki sugerowały przygotowanie sobie planu porodu, omówienie go z lekarzem lub położną. Wszystko sobie obmyśliłam, na miesiąc przed porodem wybrałam się z Búho do szpitala, gdzie zwiedziliśmy oddział, pogadaliśmy sobie z personelem i wszystko wydawało się być idealnie książkowe. Plan porodu respektowany, pozycja w trakcie porodu dowolna, nacięcie wedle woli, dwie godziny z dzieckiem tuż po urodzeniu, etc. Wszystko zapowiadało się bajecznie!! Nie miałam żadnych wątpliwości, że właśnie w tym szpitalu chcę rodzić. A gdy nadszedł ten dzień okazało się, że nie do końca jest tak, jak to zostało przedstawione! Podczas początkowych skurczy lekarz kazał leżeć – olałam go, bo ja tego nie chciałam. Podczas akcji na porodówce naciął nawet o tym nie mówiąc, próbował przyspieszać poród, co skończyło się popękanymi naczynkami w moich oczach i oczach pisklaka, a gdy maluch już był na świecie zabrali mi go i oddali po 3 godzinach, a szyjąc nie podali znieczulenia i BOLAŁO – bardziej niż poród! Rodziłam sama – przypominam, że Búho był chory – i w bólach nie byłam w stanie walczyć o przestrzeganie mojego planu. Niestety nie było tak jak bym chciała.

Pomimo, że nie było tak jak miało być, to wyszłam ze szpitala bardzo zadowolona (być może świeżo upieczona mama jest mniej czepialska 😉 ). Dzisiaj z perspektywy czasu widzę, że tak naprawdę to położne sprawiły, że mam pozytywne wspomnienia, do ich pracy nie mogę się przyczepić! Pani Agnieszka towarzyszyła mi prawie przy każdym skurczu, najczęściej nie robiąc nic innego tylko stojąc przy moim łóżku! Masowała mi plecy kiedy widziała, że może mi to przynieść ulgę! Podała telefon, żebym mogła zadzwonić do Búho tuż po otrzymaniu Búhokida w ramiona. Zasugerowała lekarzowi podanie znieczulenia podczas szycia, bo widziała, że mnie bardzo boli, i wiedziała, że nie przesadzam. Siedziała ze mną na sali porodowej po porodzie prawie 7 godzin. Nie wspominając już o opiece przez następne kilka dni pobytu w szpitalu którą otoczył nas cały zespół położnych. Wspaniałe kobiety! Myślę że ten filmik jest pięknym obrazem tego, jak się angażują w to co robią i ile serca w to wkładają!

Lekarze, to takie wiedźmy! Wszystko co było nie tak, było podyktowane decyzjami lekarzy (ginekologa i pediatry) – to oni mieli w nosie zasady, regulamin, a nawet prawo, miało być szybko, żeby mogli wrócić na kanapy w swoich gabinetach. Naprawdę trzeba mieć ich na oku! I pewnie znajdą się mamy, które nie zgodzą się z moją sympatią do położnych, ale ja póki co nie spotkałam się ze „złymi” położnymi i mam nadzieję, że tak zostanie. Każdej rodzącej tego życzę!