Marianna. Miłość się mnoży!

Naprawdę wiele trudnych chwil jest za nami. Trudno mi było o nich pisać na bieżąco ze względu i na emocje, i na brak czasu. Z dwójką tak małych dzieci jest co robić, a wcześniej ciąża, mocno stresująca do samego końca. Od krwawienia na początku, przez przeróżne skurcze, atak kolki żółciowej, cholestazę, na komplikacjach porodowych kończąc. Mam wrażenie, że wszystko, co mogło mi się przytrafić, się przytrafiło. Dziś jestem wdzięczna losowi, że tylko tyle i że wyszliśmy z tego całkiem dobrze. Nie powiem wspaniale, bo powikłania są, ale mogło być dużo gorzej.

O tych „przygodach” ciążowych opowiem, bo dziś już łatwiej mi się o tym mówi, choć nie robię tego często. Sądzę, że może to pomoże jakiejś mamie, która zmaga się z podobnymi problemami, albo wskaże, na co zwrócić uwagę, ustrzeże.. ale to nie w tym wpisie.

Marianna, takie imię wybraliśmy dla naszej malutkiej Búhobaby. Po naszych mamach (Marianna i Maria), tak jak chcieliśmy klasyczne, ale w miarę rzadkie. Zdrobniale mówimy na nią Mania, a Ludwik (nasz Búhokid) nazywa ją „dzidzia Mimi”.

Marianna, kończy dziś 5 miesięcy. Jak ten czas leci! Jeszcze nie tak dawno chodziłam z brzuchem, a dziś Marianna się do nas śmieje, guga, krzyczy, a najchętniej pluje.

Uwielbia obserwować wygłupy brata, i nikt inny nie potrafi tak jej rozbawić. Nikt inny nie potrafi też doprowadzić jej tak szybko do łez, ale ona mu wszystko wybacza.
Jest zupełnie innym dzieckiem niż Búhokid. Potrzebuje więcej bliskości, dotyku, ciepełka. Jest małym dużym żarłoczkiem, co też widać po fałdkach i wadze. Urodziła się z gęstą czuprynką na głowie, czego się spodziewałam, po tych okrutnych zgagach, jakie miałam w ciąży. Ma piękne niebieskie oczy, a ostatnio zrobiła się bardzo podobna do brata. Klon Ludwika z bujniejszą fryzurą.

Marianna jest wymagającą dziewczynką. Uparta i bezwzględna. Jeśli chce mleczko to powinno na nią czekać, zanim jeszcze poczuje głód, bo jak nie, to ryk na całe gardło i grochowe łzy.. Ale nie powinnam się dziwić, w końcu w opisie znaczenia jej imienia, nie raz o tym czytałam. „Współżycie z kobietą noszącą to imię zdecydowanie nie jest proste […] Jest bowiem bardzo pewna siebie, zdecydowana, samodzielna i niezależna. Nikomu nie pozwoli się zdominować […]. Jest uparta, by za wszelką cenę zachować całkowitą swobodę i jeśli ktoś będzie ją zamęczał udzielaniem jej rad […], można mieć pewność, że zrobi dokładnie na odwrót nawet jeśli będzie dobrze wiedziała, że nie przyniesie jej to korzyści. Inne jej wady to nadmierna wybuchowość, która często wpędza ją w kłopoty oraz sprawia, że otoczenia ma już jej dość […]” (www.imiona.net/marianna/). Ach, nie jest lekko, ale może nie będzie tak źle?

Pokochaliśmy ją jeszcze zanim się pojawiła na tym świecie. Słyszałam, czytałam, że niektóre mamy potrzebują czasu, żeby dotarło do nich, że kochają drugie dziecko. Ja tak nie miałam, być może dlatego, że tyle razy się o nią bałam, zanim ją jeszcze poznałam. Chociaż przez pierwsze kilka tygodni często porównywałam ją do Ludwika. To chyba była forma uzmysławiania sobie, że naprawdę każde dziecko jest inne i nie zawsze te same metody działają.

Uwielbiam ją, podziwiam, jestem z niej dumna i bardzo kocham. To prawda, że miłość się mnoży!

 

 

koniec!

Nie , nie, nie kończę bloga. Wiem, ostatnio go strasznie zanied bałam, ale jeszcze tu trochę pobędę. Mam nadzieję, że ku radości, chociaż kilku osób śledzących sowie przygody, przemyślenia, czy przepisy. A kończę z jesiennym przesileniem, bo już, chyba, oswoiłam się z nową porą roku. Kończę ze zmęczeniem, które mi towarzyszy ostatnio bez przerwy. Kończę z byciem leniwcem kanapowym w otchłani jesienno-mgielnej chandry. W tym wszystkim niezmienny pozostanie czas poświęcany Búhokidowi, czyli jego całe mnóstwo! Pewnie teraz się zastanawiacie, jak chcę tego dokonać? Ja też, ale wychodzę z założenia, że jak się chce, to można! A jak wiecie, całkiem dobrze mi wychodzi realizowanie moich założeń, więc mam szansę to ogarnąć.

Oczywiście wiele się u nas dzieje. Búhokid rośnie, rozwija się, rozrabia i rozkochuje w sobie wszystkich, których spotyka. Búho pracuje, działa i stara się dostać do rady miasta. A Búhoshka, dba o ognisko domowe, pomaga w kampanii i rozwija swoją wyobraźnię podczas zabaw z pisklakiem, oraz dba o to, by harmonogram zajęć i podróży był wypełniony po brzegi! A w związku z tym, pod koniec października wybraliśmy się do Norwegii. Búhokid po raz pierwszy leciał samolotem – z Gdańska do Oslo, oraz pociągiem – z Oslodo Hamar. Podróż zniósł bardzo dobrze! Na lotnisku do wszystkich się uśmiechał i zagadywał swoim jakże bogatym już językiem. W samolocie w jedną stronę wypił mleczko i zasnął, a w drugą pił soczek i śmiał się w głos. Doradzono nam, aby dziecko piło podczas startu i lądowania, żeby „odetkać uszy”. W samolocie pisklak był bardzo zainteresowany wszystkim co się dzieje wokół i trochę zawiedziony, że musi siedzieć u mamy na kolanach. Za to w pociągu miał raj, raczkował, ile chciał, zaczepiając przy tym wszystkich sąsiadujących z nami pasażerów. Szczególnie interesowały go ich buty:)

W Norwegii odwiedziliśmy naszych przyjaciół – polsko-norweskie młode małżeństwo, które wkrótce zostanie rodzicami. Mieszkają w przepięknym domu na wzgórzu, w niewielkiej wiosce otoczonej lasami. Od razu zakochałam się w tym miejscu. Norwegia jest piękna i nawet jesienna szarówa nie psuje efektów. Te drewniane domy, pięknie pomalowane (stonowane kolory z białymi dodatkami), te lampeczki w oknach, na gankach, wszechobecne świeczki i ten swoisty minimalizm, tworzą nieziemsko przytulną atmosferę. Do tego, przyroda, z którą obcowanie jest bardzo powszechne. Naprawdę dobrze się tam czuliśmy, zostaliśmy pięknie ugoszczeni, a do dziś delektujemy się przywiezionymi smakołykami:)

Po raz kolejny potwierdziło się, że Búhokid jest bezproblemowym dzieckiem. Je wszystko z przyjemnością, zawsze chętnie się bawi, śpi, kiedy przychodzi na to pora i zagaduje do wszystkich bez względu na wiek, płeć, czy narodowość. A, żeby jeszcze bardziej podkreślić jaki jest fajny, na tydzień przed wyjazdem się przeziębił i miał mega katar. Na szczęście pani doktor wzmocniła go lekami, zmiana klimatu też zrobiła swoje i wrócił do domu zdrowy.

A, oto kilka zdjęć z naszej norweskiej eskapady:

 

szczepienia, są jak wiara!

W każdym wymiarze tego porównania.

Sądzę że każdy myślący, interesujący się światem i jego tajnikami, inteligentny człowiek dumał nie raz nad wiarą w boga, a jeśli dodatkowo jest rodzicem to zapewne także pochylił się na tematem szczepień. Zarówno kwestia wiary, jak i szczepień nie jest jednoznaczna. A rozmowy na te tematy potrafią doprowadzić do zagorzałej dyskusji, z której wnioski ostatecznie i tak każdy musi wyciągnąć sam dla siebie i przekonać się w co tak naprawdę wierzy.

Nie chciałabym się tu rozwodzić nad kwestią wiary czy religii, ale opowiem co mi się nasuwa na temat szczepień.

Jak większość z nas wie (szczególnie ta dzieciata) szczepienia w Polsce są obowiązkowe. Nie zalecane, czy rekomendowane, są po prostu obowiązkowe! Nie możemy, jako rodzice podejmować decyzji o tym czy chcemy lub co chcemy wstrzyknąć do organizmu naszego skarbka, ewentualnie możemy  wybrać „markę”. Jeśli sprzeciwimy się obowiązkowi szczepień, wojewoda ma prawo nas ukarać grzywną. I ok, ja się nawet nie dziwię, że nasz kraj chce nas chronić przed chorobami, chce mieć zdrowe społeczeństwo. Ale dlaczego podawane jest tyle dawek? I dlaczego w tak krótkim czasie? Dlaczego za nowe szczepionki skojarzone trzeba zapłacić? Dlaczego pierwsze szczepionki podaje się kilka godzin po urodzeniu, kiedy jeszcze tak niewiele wie się o tym młodym organizmie? Wiem, że są na te pytania odpowiedzi, ale dlaczego w innych krajach wygląda to jednak nieco inaczej? – Gdzie szczepionki są rekomendowane, a nie obowiązkowe. Gdzie podaje się mniej dawek jednej szczepionki. Gdzie robi się testy i ewentualnie dopiero podaje kolejną dawkę – jeśli to konieczne.

Mogłabym tak mnożyć pytania i moje wątpliwości. Podobnie jak w internecie mnożą się strony, które przedstawiają negatywne skutki szczepień, a w przychodniach, ulotki przedstawiające historie rodziców, których dzieci zachorowały zanim zostały zaszczepione. A ja czuję się takim małym, bezradnym człowiekiem w tej chmurze pozytywów i negatywów, pros i cons, zwolenników i przeciwników.

Z jednej strony rynek farmaceutyczny – takie szczepienia to niezły biznes, więc ładują kasę w ich promowanie. Z drugiej strony lekarze – z ich zdaniem chciałby się człowiek liczyć, ale jaki wpływ mają na nich koncerny farmaceutyczne? Z trzeciej strony badacze – tu już zupełna kropka, bo wielu potwierdza skuteczność i bezpieczeństwo szczepionek  i równie wielu obala te pozytywne wyniki. No i na koniec prawdziwe historie – powikłania poszczepienne vs. powikłania po chorobach, przeciwko którym nie zaszczepiono dzieci.

I bądź tu mądry! Zaszczepisz i zachoruje – będziesz żałować. Nie zaszczepisz i zachoruje – też będziesz żałować. A chciałoby się dla swego malucha wybrać jak najlepiej, postąpić właściwie, tak aby zapewnić mu zdrowe i szczęśliwe życie. Nie raz temat ten spędził mi sen z powiek. Pomimo, że już w ciąży wraz z Búho podjęliśmy decyzję, że szczepimy na obowiązkowe wg kalendarza szczepień, to przed każdym kolejnym szczepieniem zastanawiam się czy dobrze robimy i przeżywam to bardzo. W kwestii szczepień dodatkowych.. Dwie koleżanki, mamy – każda dwójki wspaniałych chłopców, poradziły mi, abym posłuchała instynktu. Tak też zrobiłam i nie zaszczepiłam. Póki co trzymam się tego postanowienia, chociaż nadal pojawiają się takie dni kiedy patrzę w te piękne oczy Búhokida i mocno mocno zastanawiam się czy dobrze robię?

Nie potrafię spojrzeć na kwestię szczepienia jednostronnie, kiedy jest tyle różnych możliwości w tej kwestii.. Tak jak z wiarą: możesz nie wierzyć, ale nie wiesz na pewno, że boga nie ma.

Czy Wy też tak to przeżywacie?

 

I na zakończenie mojego szczepiennego wywodu, trochę zdjęć:

amerykańskie trampki na pożegnanie lata

trampki i rampers – F&F, skarpetki w paski – Fisher Price, smoczek – Mebby, zawieszka do smoczka – babyFEHN, grzechotka słonik – Oball, żyrafa – Bright Starts

BLW, rozwojowy krok milowy i cyc..

Przyszedł wrzesień i nas pochłonął! Prawie tak, jakbyśmy poszli do szkoły! Porwał nas wir spraw do załatwienia, zrealizowania i zorganizowania, a dodatkowo nasz Búhokid zrobił krok milowy w swoim rozwoju. To ostatnie sprawiło, że zupełnie straciłam czas dla siebie. Nie jest mi z tym łatwo, a wraz z przesileniem letnio-jesiennym nawet popadłam w lekką chandrę. Ale już mi lepiej, Búhokid śpi, a ja kradnę chwilę i piszę..

Wiele razy słyszałam „zobaczysz jak będziesz miała dziecko, na nic nie będziesz mieć czasu”. Faktycznie ilość czasu mi się skurczyła kiedy pojawił się pisklak, ale przez pierwsze 6 miesięcy nadal miałam trochę czasu pomiędzy karmieniem, a przewijaniem, czy praniem. Po 6 miesiącu, kiedy dieta i ruchliwość Búhokida diametralnie się zmieniły, mój czas zaczął się zmniejszać wprost proporcjonalnie do jego postępów. Przygotowywanie jedzenia, karmienie i sprzątanie po całej długotrwałej „ceremonii”, zajmuje mnóstwo czasu. Dodatkowo maluch siedzi, robi fikołki, zaczyna raczkować, więc trzeba mieć go bardzo na oku. A ponadto, na ubraniach pojawiły się plamy po marchewkach, jabłkach, czy brokułach – nie takie łatwe do sprania. Zrobiło się hardcore’owo, ale co najważniejsze MEGA FAJNIE!!!!

Búhokid uwielbia jeść stałe pokarmy. Stosujemy metodę blw, przeplataną z podawaniem jedzenia łyżeczką. Sprawdza się to wspaniale! Samodzielne jedzenie, sprawia mu kupę frajdy, a karmienie łyżeczką syci! Uwielbia zapoznawać się z kolejnymi smakami i strukturami warzyw, owoców, mięs, pieczywa etc. Rozgniata, ugniata, liże, próbuje. Na początku często się krztusił większymi kawałkami, ale w tej chwili już się to nie zdarza. Nauczył się odkrztuszać i za każdym razem sam sobie z tym poradził, a także nauczył się przemieszczać pokarm w buzi i nie dopuszcza do zakrztuszenia. Je wszystko, i wszystko mu smakuje. Na nic nie ma uczulenia.

fotelik, śliniak – IKEA, niekapek – Nûby, bodziaki – Timberland

Myślę, że to jest idealny sposób na odstawienie od piersi – już zdarzają się dni, że nie chce cyca. A jak już o tym mowa to, dziś karmiąc pisklaka przed snem, naszła mnie pewna refleksja. Zastanawiałam się dlaczego dla matek karmiących piersią, odstawienie jest taką trudną sprawą, przede wszystkim emocjonalnie. Otóż, wydaje mi się, że to chodzi o poczucie, że w każdej sytuacji może zapewnić dziecku przetrwanie. Jeśli znaleźliby się w ekstremalnych warunkach lub niespodziewanej sytuacji, nie musi się martwić o to czy ma wodę, mleko w proszku czy jakiekolwiek inne jedzenie. Już wiem, że dla mnie to nie będzie łatwa sprawa, dlatego od dawna mam założone że karmię do końca października. Oswajam się z tą myślą, przygotowuję do tego Búhokida. A może sam się odstawi?

Tydzień temu Búhokid pierwszy raz stanął w łóżeczku, sam usiadł z pozycji leżącej, zaczął raczkować do tyłu, zrobił siusiu na nocnik i przebił mu się pierwszy ząb. To wszystko stało się jednego dnia – 20 września – zapisuję datę żeby ją uwiecznić!! Chcę zapamiętać każdy ten moment, tym bardziej że robi się ich coraz więcej i postępy pojawiają się niespodziewanie.  Poza tym ten mały urwis jest tak pogodny, że wystarczy jedno spojrzenie na niego i nawet najbardziej nerwowy moment mija. A kiedy dopada chandra, jego uśmiech łagodzi wszystko, a jego śmiech zaraża!!

A jak wyglądały kroki milowe waszych pociech?

jasne body – DKNY , nocnik i dywan – IKEA, szare spodnie – Flawless, skarpetki – coccodrillo

jaki Búho, taki Búhokid…

Búho i Búhokid podobno wyglądają jak dwie krople wody.

Myślę, że na początku każde dziecko jest podobne do taty. Natura tak to wymyśliła, żeby nie miał wątpliwości. Bo matka zawsze wie, że to jej dziecko! Dlatego przyjęłam fakt podobieństwa do Búho jak coś zupełnie normalnego i nie mam żalu o to, że zawsze słyszę „cały tata”. Ja też to widzę, chociaż pewnie nie, aż tak wyraźnie jak inni.

Poczytałam sobie o tym, bo temat mnie zaintrygował. Po kolejnym z rzędu komentarzu: „wykapany tata” pomyślałam, że coś w tym jest. I proszę: nad sprawą pochylili się psychologowie, i stwierdzili, że fakt podobieństwa do ojca jest nieświadomym przekonaniem, że potomek musi być do niego fizycznie podobny. Wynika to z ewolucyjnego mechanizmu: wróg czy przyjaciel? – zaufam bardziej temu, który wygląda tak jak ja. Na tej podstawie mężczyźni faktycznie utwierdzają się w ojcostwie. Także stwierdzono, że wskazywanie tego podobieństwa ma wywołać większe zaangażowanie ojca w rodzicielstwo.

Przeprowadzono taki test: stworzono zdjęcia: twarz jednego dziecka zmieszana z twarzami kilku mężczyzn i owym mężczyznom przedstawiono te fotografie. Musieli wybrać dziecko, z którym chcieliby się bawić i to, które by ukarali. Badani mężczyźni wybierali dziecko, na które były nałożone ich własne twarze jako, to z którym chcieliby się zaprzyjaźnić i o które by się troszczyli. Co ciekawe, badani mężczyźni nie wiedzieli, że prezentowane zdjęcia mają z nimi coś wspólnego, nie widzieli własnego podobieństwa. A kolejną ciekawostką jest to, że kobietom wykonanie zadania zajęło o wiele więcej czasu, miały problem z wyborem, szczególnie tego dziecka, które miałyby ukarać.

A kilkadziesiąt lat temu przepytano kobiety na porodówce do kogo podobne jest ich nowo-narodzone dziecko i większość, zdaje się ok 80%, stwierdziło, że do ojca. Niestety nie stwierdzono czy, te których partner nie był biologicznym ojcem dziecka, wskazywały podobieństwo do ojca tudzież partnera, czy nie.

Jakby nie było, dla mnie Búhokid jest po prostu najpiękniejszy, najsłodszy, najbystrzejszy, najfajniejszy i najkochańszy.. ale to chyba oczywiste. 🙂 I zdecydowanie jest synem swojego ojca:

 

A tak wyglądał Búho, jak był niemowlakiem:

Widać podobieństwo?

Miłość była pierwsza..

Buhokid skończył tydzień temu pół roku! Strasznie szybko to zleciało, a w tym czasie nasze życie wywróciło się do góry nogami, poskakało trochę, siadło, wstało.. i się poukładało. Mniej więcej, tak można opisać cały proces pojawienia się Búhokida w naszej dziupli i wspólnego poznania się.

Miłość była pierwsza. Przybyła jak grom z jasnego nieba, bo niby w ciąży już kochasz tego aliena w brzuchu, ale jak pojawia się w ramionach to BUM! Wszystkie emocje eksplodują – radość, wzruszenie, troska, uwielbienie.. po prostu miłość.

Zagubienie… to te kilka – kilkanaście pierwszych tygodni, podczas których przechodzi się przez kolejną lawinę uczuć. Na szczęście to najważniejsze jest niezmienne, w przeciwnym razie nasz gatunek dawno by wymarł! Oczywiście większość czasu ubóstwia się swojego bobaska, patrzy jak śpi, jak uczy się kolejnych wielkich rzeczy, czy robi się z siebie klauna, żeby się uśmiechnął. Jednak pojawiły się też momenty, w których zaczęłam tęsknić, za czasem kiedy byliśmy tylko we dwoje. W dzień się pracowało, po południu realizowało pasje, wieczorami pichciło i gadało, a w nocy.. nie tylko się spało! Nie raz, trzymając płaczącego Búhokida w ramionach, już drugą godzinę, gdzieś nad ranem, zaczynały mi lecieć łzy ze zmęczenia, wtedy najczęściej wspominałam te czasy, wiedząc że już NIGDY nie wrócą. Po czym, rzucałam jedno spojrzenie na pisklaka i wiedziałam, że nie chcę już NIGDY do nich wracać. Rozdarcie emocjonalne nadające się na psychiatryk!  Po jakimś czasie przestałam tak się czuć. Przeszłam okres adaptacji do nowych warunków i się uspokoiłam, rozdarcie się pozszywało, a blizna zniknęła.

Poznaliśmy się. Nastał moment, w którym widzę, że Búhokid wie, że może na nas liczyć, wie że chcemy dla niego jak najlepiej, że jak mu źle to znajdzie w naszych ramionach ukojenie. Cieszy się gdy nas widzi o poranku. Nie powiedział nam tego, ale gdy nocował u dziadków i rano nad łóżeczkiem nie pojawiłam się ani ja, ani Búho był zawiedziony. Nie płakał, nie bał się, ale był zawiedziony! My z kolei wiemy, że jak zasypia lubi mieć pieluszkę tetrową przy policzku, że ma łaskotki, że jak się nudzi to piszczy, że śmieszy go mlaskanie, że jak jest w otoczeniu obcych musi mieć mamę lub tatę w zasięgu wzroku i że uwielbia kąpiele – w każdej formie – wanna, prysznic, basen, jezioro, morze!

Jestem mamą! Nadal to do mnie dociera, ale już to czuję!

A tak bywało na początku.. dość często:

6 m-cy13

„bo Cię tu zostawię” czyli wspomnieniowo-wychowawcze rozważania

Co prawda minął tydzień od naszego powrotu z urlopu i mimo, iż wiele się wydarzyło, to wspomnienia nadal są dość świeże. Może dlatego, że wychowawcze rozkminy mnie nie opuszczają i w głowie analizuję sobie obserwacje wszech..rodzicielskie. Stąd, pojawiły się we wspomnieniach dwie sytuacje, bardzo do siebie kontrastowe, którymi się podzielę.

Podczas posiadówy grillowej na zacisznej działce Dżejdżejów w Gdyni, byłam świadkiem pewnej sytuacji pomiędzy Dżejdżejką, a jej starszą pociechą, bardzo bystrą i inteligentną niespełna trzylatką. Mała bujała/rzucała się zabawowo na krześle. Mama zwróciła się do niej z ostrzeżeniem, żeby uważała, bo może się przewrócić. Trzylatka patrząc mamie w oczy wysłuchała, zakodowała, i postanowiła bawić się dalej w ten sposób. Po około 3 minutach stało się tak jak przeczuwała mama. No i bęc, i płacz, i do mamy. I tutaj stało się coś bardzo fajnego. Mama przytuliła, ucałowała i powiedział, żeby malutka się nie martwiła, bo ból minie tak jak wiele rzeczy przemija… i tyle. Żadnego „a nie mówiłam”, „trzeba było słuchać mamy”, „sama jesteś sobie winna” etc. Mama wiedziała, że ostrzegła, wypełniając swój matczyny obowiązek, kierując się opiekuńczym instynktem. Zachowała się dokładnie tak jak matka powinna, a przy tym nie pokazała swej wyższości nad swą pociechą, bo wie że jej dziecko rozumie co się stało i samo wyciągnie z tego wnioski. Być może to taka błahostka, ale naprawdę wiele mam zachowuje się zupełnie inaczej.

I tutaj wspomniany kontrast – krótka historia ze szpitala: mama z 4,5 letnią córką, która już czuła się dobrze i po przyjęciu ostatniej kroplówki miała wyjść ze szpitala. Dziecko nie mogło się już doczekać tego momentu, więc zaczęło się ekscytować, pakować, wręcz niecierpliwić, ale dalekie było od przesady. Mama jednak wiedząc jak nielubiany jest przez dziecko szpital, a chcąc aby siedziało spokojnie powiedziała: „bądź grzeczna, albo Cię tu zostawię”… Nie mogę sobie nawet wyobrazić co się musiało dziać w głowie tej dziewczynki. Od razu przypomina mi się jak będąc dzieckiem byłam straszona przez panie w przedszkolu, że jak nie zjem obiadu to sprzątaczka wciągnie mnie w odkurzacz.. nie wiele pamiętam z przedszkola, ale to doskonale zapamiętałam i ciągłe zmuszanie do jedzenia!!!

Założenie: Chciałabym być taką mamą, która nie będzie się uciekała do straszenia czy przekupowania. Mam nadzieję, że to się uda. Analizując dotychczasowe spełnianie założeń postępuję tak jak sobie zaplanowałam (może z wyjątkiem pieluch wielorazowych – spróbowałam, ale się nie przekonałam), dlatego myślę, że i z tym się uda, chociaż jest ono niewątpliwie wymagające. Nikt nie mówił, że będzie łatwo 🙂 Wszystko dla Búhokida;)

A skoro już jestem przy wspomnieniach – oto Búhokid w ciuszkach (czapka i spodnie), które znaleźliśmy w Sopocie przy Molo, bo tam Flawless przeniosło się z Warszawy na czas wakacji. Niedziela nad jeziorem: